czwartek, 29 maja 2014

Prolog: Kobiety, córki, matki

Jak to się dzieje, pomyślała Ciri, czemu przypisać, że we wszystkich światach, miejscach i czasach, we wszystkich językach i narzeczach to jedno słowo brzmi zawsze zrozumiale? I zawsze podobnie?
- Tak. Muszę do mamy. Moja mama na mnie  czeka.*




         Wzięła głęboki wdech i zapukała do drzwi schludnie wyglądającej chaty. Po niedługiej chwili usłyszała kroki i stanęła przed nią pulchna kobieta w średnim wieku, o sympatycznej twarzy, z chustką na głowie.
- Witaj, moja droga. Rowena, tak? – Powitała ją z uśmiechem.
Dziewczyna skinęła głową i wyciągnęła w jej kierunku paczkę owiniętą w serwetkę.
- Przyniosłam ciasto na powitanie. – Przełamała blokadę w gardle.
- Nie musiałaś. – Kobieta przyjęła od niej placek i zrobiła miejsce. – Wejdź, już prawie wszystkie przyszły.
Raz w miesiącu, jak dowiedziała się Rowena, wszystkie kobiety z wioski schodziły się do domu sołtysa, gdzie podejmowała je jego żona. Był to rodzaj babskiej rady wiejskiej. Zwykle jednak te spotkania miały charakter towarzyski i mało w nich było ustaleń, a więcej opowieści i plotek z sąsiednich miasteczek. Młoda kobieta i jej mąż, Zethar, dopiero co przenieśli się tutaj, a na to zebranie zaprosiła ją kowalowa, spotkawszy ją przy studni.
- No, drogie panie – zawołała sołtysowa, klaszcząc w dłonie, by zwrócić na siebie uwagę. – Zapewne wiecie, że mamy nowych sąsiadów. Powitajcie Rowenę.
Drobna blondynka o pięknych, długich włosach, opadających falami na plecy, zaczerwieniła się pod spojrzeniami tych wszystkich kobiet, ale uśmiechnęła się do nich.
- Rowena. To oznacza „jasnowłosą”, prawda? – odezwała się żona bartnika, kobieta o nieprzeciętnej urodzie i niesamowicie wielkich oczach.
- Tak, matka utrafiła z imieniem.
Gospodyni posadziła ją na krześle i odezwała się:
- Zatem opowiedz nam swoją historię. Jak to się stało, że się do nas przeprowadziliście.


***


Obudził się w środku nocy, przez otwarte okno sączył się księżycowy blask i dochodził odgłos koncertujących świerszczy. Jego piękna żona siedziała na łóżku, z nogami podciągniętymi pod brodę i twarzą ukrytą w dłoniach. Płakała. Zethar podniósł się z poduszek i przygarnął ją do siebie silnymi ramionami, a ona rozszlochała się na dobre. Kołysał ją w ramionach i mruczał uspokajająco, a kiedy przestała łkać, spytał:
- O co chodzi?
Rowena podniosła na niego załzawione oczy.
- Byłam pewna, że tym razem się udało, ale nie, dalej mam krwawienia. – Łzy popłynęły po jej policzkach nową falą.
- Spokojnie, w końcu nam się uda – odezwał się uspokajająco i pogładził ją po włosach. – Będziemy próbować.
Młoda kobieta, właściwie jeszcze dziewczyna, uśmiechnęła się smutno. Zaczynała tracić nadzieję. Od ponad roku, czyli od momentu, kiedy wzięli ślub, starali się o dziecko, nadal bezskutecznie. To zawsze było jej największe pragnienie: dać Zetharowi dziecko, nieważne, czy chłopca, czy dziewczynkę. Po prostu maleńkie dzieciątko, które mogłaby wychowywać, a on mógłby sadzać wieczorami na kolanach i tulić je po ojcowsku. Dlaczego nie mogła zajść w ciążę?


***


- …Zethar przyjechał do Celtii, kiedy miałam siedemnaście lat i zakochał się we mnie, oczywiście ze wzajemnością. – Rowena uśmiechnęła się nieśmiało. – Moi rodzice jednak bardzo się sprzeciwiali naszemu związkowi, twierdzili, że drwal jest dla mnie stanowczo niewystarczająco dobry. A przecież był wspaniały i dla nich, i dla mnie. Nigdy się nie dowiedziałam, dlaczego mieli tyle wątpliwości wobec niego.
- Chyba chcieli mnie wydać za jakiegoś bogatego kupca, wierzyli, że ich los się wtedy poprawi. Ja jednak wiedziałam, że to Zethar jest tym jedynym, z którym chcę spędzić resztę życia, mieć dzieci i wnuki…
- Rodzice zdecydowanie sprzeciwiali się mojemu małżeństwu z nim, jednak ja nie mogłam tak po prostu zrezygnować z tego uczucia. Dzięki niemu poczułam, co to znaczy być szczęśliwą, a każda najmniejsza myśl o nim sprawiała, że miałam ochotę tańczyć z radości. Jako mała dziewczynka, zawsze marzyłam o takiej miłości i nie mogłam, zwyczajnie nie mogłam pozwolić mu odejść beze mnie.
- Był u moich rodziców i prosił ich o moją rękę i błogosławieństwo, ale oni kazali mu się wynosić. Cóż, próbowaliśmy polubownie, ale byli uparci. Następnego dnia byliśmy w połowie drogi do Araluenu, skąd odchodził statek do Gallii, a dalej przyłączyliśmy się do kupieckiego taboru i dotarliśmy do Toscano.
- Jakże tam było pięknie! W porównaniu z celtyckimi, surowymi krajobrazami, miałam wrażenie, że trafiłam do jakiegoś miejsca na zupełnie innym świecie. Wszystko tam kwitło, a słońce rzadko kiedy chowało się za chmury. Zimy były łagodne, a lato gorące. I byłam tam z moim ukochanym, jedynym. Byłam najszczęśliwsza na świecie.


***


Hrabina Contarini w zamyśleniu spoglądała przez okno na rycerzy zmieniających wartę. Nie mogła odpędzić natrętnych myśli. Ludzie zaczynali szeptać, oczekiwali na potomka, a tu nikt z zamku nawet nie zająknął się o ciąży. Zaczęto podejrzewać, że kobieta, którą hrabia, wbrew woli rodziny, pojął za żonę, jest jałowa i nie może dać mu dziecka. To na pewno ta wiedźma, jego matka, rzuciła na nią klątwę. Na pewno ona, tak bardzo nienawidziła wybranki syna, że bez trudu można się domyślać, że mogła posunąć się do uroku. Clara Contarini nie potrafiła inaczej wyjaśnić sobie własnej bezpłodności.
Drgnęła, gdy nagle poczuła dłonie na swoich ramionach. Nie zauważyła nawet, kiedy podszedł do niej mąż i przygarnął ją do siebie.
- Czym się martwisz? – szepnął, przyciskając usta do jej skroni.
Marco Contarini był wręcz szaleńczo zakochany w swej wybrance. Sprzeciwił się całej rodzinie, woli ludu i zaryzykował dobre imię, by tylko wziąć za żonę tę właśnie kobietę. Stała się jego obsesją i mógłby zrobić wszystko na każde jej skinienie.
- Tak bardzo chcę mieć dziecko – westchnęła płaczliwym głosem.
Clara Contarini nie lubiła dzieci, ale jeszcze trudniej znosiła niepochlebne szepty na swój temat i była gotowa poświęcić się, by zamknąć usta plotkarzom.
- Ćśś… Spokojnie, uda nam się. Wezwiemy medyków z najdalszych krain, jeśli tylko będą mogli nam pomóc.
Umysł hrabiny pracował szybko, wiele myśli przewijało się przez jej głowę.
- Moglibyśmy nawet adoptować… mam na myśli, przygarnąć jakąś dziecinę ze wsi, zapewnić byt… - wyrzuciła z siebie, wykorzystując zmartwienie męża, gotowego poprzeć każdy jej pomysł. – Wziąć za własne dziecko.
Hrabia w lot pojął zamysł żony. Nie zastanawiał się nad moralnością ani nad szczegółami niełatwej do przeprowadzenia operacji.
- Jeśli to jest to, czego potrzebujesz, powiedz tylko słowo.
- Ocalimy jakąś dziecinę przed podłym losem wiejskiego życia – zapaliła się, usiłując jednocześnie nadać swojemu planowi pozory szlachetności, udając przed samą sobą. – Damy jej możliwości i życie, na jakie nie miałaby szans.
- Udostępnię ci, czego tylko będziesz potrzebowała.


***


- Może trudno to sobie wyobrazić, ale poranne mdłości witałam jak najwspanialszy dar od bogów – Rowena kontynuowała swoją opowieść, a zebrane wokół niej kobiety kiwały głowami ze zrozumieniem. – Codziennie godzinami wpatrywałam się we własny brzuch, by przekonać się, czy urósł!
- To był czwarty miesiąc, brzuch już mi się pięknie zaokrąglił. Wtedy przyjechała ona, pani z zamku, której nigdy nie widziałam na oczy. I zatrzymała się przy naszym ogrodzie, gdzie rozwieszałam wykrochmalone prześcieradła. Nikt we wsi nie dostąpił nigdy takiego zaszczytu.


***


- Zethar, szybko! – zawołała, zduszonym głosem. – Nie uwierzysz!
Mężczyzna odłożył siekierę, którą rąbał drewno za domem i zbliżył się do młodej żony. Rzeczywiście ogarnęło go zdumienie na widok ufryzowanej damy wysiadającej z karety i zmierzającej w ich kierunku w asyście lokaja. Zbliżyła się, przywoławszy na twarz wielkoduszny uśmiech. Młode małżeństwo szybko zgięło się w ukłonie.
Nigdy jej nie widzieli, ale bez trudu domyślili się, że to pani na zamku przy ich wiosce. Należało oddawać jej cześć.
- Jak ci na imię, dziecko? – zwróciła się do ciężarnej.
- Rowena Tasartir… Wasza Wysokość. To mój mąż, Zethar.
Przywitała ją jak królową, co połechtało próżność hrabiny.
- Wejdźmy do środka, bo żar z nieba się leje.
- O-oczywiście – zająknęła się dziewczyna, zawstydzona, że wcześniej tego nie zaproponowała.
Podążyli za damą do domu, a Rowena szybko zaczęła oceniać, czy wszystko jest w należytym porządku. Na szczęście była wielbicielką czystości i mieszkanie, choć skromne, wyglądało schludnie i przytulnie. Hrabina zasiadła na wysokim krześle i obdarzyła gospodynię długim spojrzeniem.
- Widzę, że spodziewacie się dziecka.
- Tak, to nasze pierwsze, Wasza Wysokość.



***


- Pytała, ile jeszcze zostało do rozwiązania i co mówił medyk o zdrowiu dziecka... –Rowena westchnęła, a jej oczy zamgliły się, gdy uciekała we wspomnienia. – Nawet zaofiarowała się, że przyśle swojego nadwornego lekarza, by zajrzał do nas. A co najbardziej nas zaskoczyło: faktycznie pojawił się następnego dnia i zbadał mój brzuch. Przyjeżdżał raz w tygodniu, z łaski pani na zamku…
- Myśleliśmy, że nic lepszego nas spotkać nie mogło.



***



Clara Contarini czuła rozpierające ją zadowolenie. Odwiedziła zaledwie parę domów, a już znalazła idealną parę. Ta piękna blondynka da jej śliczne dziecko. Teraz trzeba było tylko zadbać, by nikt niczego się nie domyślił. Już od jakiegoś czasu przestała pojawiać się na balach i przyjęciach. Dbała, by wszyscy zauważyli jej nieobecność. Szybko dostrzegła efekty: dało się słyszeć szepty, że to z troski o potomka, którego już nosiła pod sercem. Te plotki dodawały jej siły, kiedy rezygnowała z bywania w towarzystwie, co nie było dla niej takie łatwe. Hrabina uwielbiała wzbudzać zainteresowanie na wystawnych przyjęciach, czy wywoływać zazdrość swoimi wspaniale urządzonymi balami, z których słynęła w całej okolicy.
Nic jednak nie cieszyło jej bardziej niż koniec szemrania o jej bezpłodności. Odczuwała wielką dumę ze swojego idealnie wymyślonego planu.
Komplikacje zaczęły się jakieś trzy miesiące po jej pierwszych odwiedzinach u tej wieśniaczej pary. Medyk, którego do nich wysyłała, by sprawdzał zdrowie jej dziecka, doniósł, że odeszły wody i zaczęły się pierwsze skurcze. Pani zamku zaniepokoiła się i teraz każdego dnia wyprawiała do nich lekarza. Kilka dni później oznajmił, że przyszła na świat dziewczynka, o półtora miesiąca za wcześnie, maleńka i wątła, ale wystarczająco silna, by przeżyć.
- Upewnij się, że będzie zdrowa – poleciła doktorowi.



***


- Była taka maleńka, taka słabiutka… – Dziewczyna złożyła ręce, jakby trzymała w nich niemowlę. – Mój największy skarb, tak długo wyczekiwany. Moja malutka dziewczynka…
Łzy wielkie jak groch potoczyły się po jej policzkach i skapnęły na jej dłonie, w których oczami wyobraźni wciąż widziała swoje dziecko. Kobiety ze wsi słuchały w milczeniu.
- Moja mała Lúthien, moja kruszyna…



***



Medyk podał jej kwilące maleństwo, a ona przytuliła je do piersi, czując jak serce w niej rośnie z miłości do tej kruchej istotki. Chciała ją tulić do siebie, jednocześnie bojąc się uszkodzić jej drobne ciałko. Płakała ze szczęścia, którym było jej nowonarodzone dziecko.
- To dziewczynka – powiedział cicho lekarz, ocierając czoło z kropel potu.
Zethar był bardzo blady, ale oczy błyszczały mu od łez wzruszenia, gdy klęczał przy dwóch najwspanialszych istotach, jakie miał na świecie.
- Przyjdę później, sprawdzić czy wszystko w porządku. – Nawet go nie usłyszeli, gdy powoli wycofał się za drzwi.
- Lúthien… - wyszeptała Rowena, całując główkę córeczki pokrytą puszkiem. – Jak myślisz?
- Lúthien… Lúthien… Piękne. Idealne. – Z trudem wypowiadał słowa przez gardło zaciśnięte przez wzruszenie. – Jest taka maleńka.
Dotknął delikatnie jej dłoni, a malutka rączka zacisnęła się na jego palcu. Nawet nie próbował powstrzymać łez, zaczął szlochać ze szczęścia. Ucałował córeczkę i żonę i trwali tak w trójkę, w milczeniu wypełnionym miłością i radością.



***



Dwa czy trzy tygodnie później, pani zamku znowu zajechała pod ich dom. Weszła i zasiadła naprzeciwko Rowerny, której błyszczące oczy rzadko tylko odrywały się dziecięcia trzymanego w objęciach.
- Śliczne maleństwo. Mogę?
Dziewczyna ostrożnie podała jej córeczkę, choć musiała stłumić w sobie niechęć przed oddaniem jej w obce ręce, nawet na chwilę. Przecież nie mogła odmówić tej, która ofiarowała im tyle pomocy.
- Jak się nazywa?
- Lúthien.
- Lúthien Tasartir… – powtórzyła powoli. – Ładnie.
Rowena chciała zacząć dziękować za okazaną troskę, gdy nagle dama wstała i ruszyła ku drzwiom, wciąż z dzieckiem w ramionach.
- Dokąd idziesz, pani? – pisnęła cicho i pobiegła za nią.
Hrabina pewnym krokiem zmierzała w stronę karety.
- Nie! Oddaj moją córkę! – W głosie młodej matki dało się słyszeć panikę.
Próbowała odebrać jej dziecko, ale dama tylko odwróciła się od niej.
- Zabierz ją ode mnie – powiedziała oschle do towarzyszącego jej rycerza.
- Nie, nie możesz! – wrzasnęła, próbując wyrwać się z uścisku ochroniarza. – Zethar! Zethar!
Mąż nadbiegł i rzucił się w stronę karety, ale zaraz na ziemię powaliło go dwóch zbrojnych.
- Nie!... Oddawaj moją córkę, ty wiedźmo!!!
Wpadł w szał, próbował walczyć. Rozpacz i panika sięgnęły jego serca, ale nawet berserk nie poradziłby sobie gołymi rękoma z wprawnymi rycerzami. Krzyczeli, błagali, grozili, ale hrabina nawet się nie obejrzała. Wsiadła do karety i odjechała, nie zastanawiając się nawet nad parą, którą właśnie pozbawiła najcenniejszego skarbu.
- Nie rzucaj się, nic na to nie poradzisz – wysyczał do ucha Roweny trzymający ją żołnierz.
Zaniosła się konwulsyjnym szlochem, a gdy ten ją puścił, upadła na kolana. Szarpały nią suche wymioty, przepełniała ją rozpacz zbyt wielka, by mogła ją znieść. Osunęła się w ciemność.



***


- Zabrała mi ją – wyszlochała jasnowłosa dziewczyna. – Zabrała mi moją córeczkę, moją Lúthien…
Jej szczupłym ciałem wstrząsnął spazm i przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Kowalowa otoczyła ją potężnymi ramionami, a wiele innych kobiet miało łzy w oczach. Jak ktokolwiek na świecie mógł być aż tak okrutny.
- Moje dziecko, moje maleństwo…



***


- Spójrz, to nasza córeczka – uśmiechnęła się z dumą Clara Contarini, pokazując mężowi dziecko. – Lúthien.
Hrabia usiadł obok ukochanej i pocałował ją.
- No to mamy dziedziczkę.
- Poczekajmy jeszcze z ogłoszeniem. Niech się wszystko… uspokoi.

Marco Contarini szybko dowiedział się, co miała na myśli jego żona, gdy ktoś doniósł mu o jakimś wieśniaku, który dobija się do zamkowej bramy i domaga się widzenia z panem zamku. Żąda też, by oddano mu dziecko.
- Odpraw go – polecił żołnierzowi. – Daj mu worek pieniędzy, a jeśli dalej będzie się rzucał, pogroź mieczem.
Zastanowił się przez chwilę, po czym dodał:
- A najlepiej każ mu opuścić nasze tereny.



***


Długo trwało, zanim Rowena znowu mogła coś powiedzieć. Kobiety ze wsi zdawały się rozumieć jej ból i pocieszały tą biedną dziewczynę. Czy można się pozbierać po czymś takim?
- Zethar był u nich, groził, błagał… – Blondynka podjęła swoją opowieść drżącym głosem, raz po raz przerywaną tłumionym szlochem. – Kazali mu odejść i rzucili mu worek z pieniędzmi. Jakby mogli kupić naszą córeczkę… jakby to miało wszystko załatwić.
- Splunął na tą ich łaskę, ale zagrozili mu ścięciem, a na to nie mogłam pozwolić. Nie mogłam stracić i jego. – Z trudem przełknęła ślinę. – Kazali nam się wyprowadzić, opuścić ich ziemie… Chciałam zostać, by móc choć czasem zobaczyć moją córeczkę… czy ma się dobrze, czy jest szczęśliwa i jak dorasta… Ale Zethar powiedział, że nie pozwoli mi na to. Że nie możemy tak przeżyć życia, że choć teraz sam w to nie wierzy, to jednak możemy gdzieś, kiedyś być szczęśliwi… Ale tylko wtedy, gdy uda nam się pokonać ból po utracie naszej Lúthien… naszej córeczki. Wciąż nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale wiem, że miał rację. Nigdy nie znalazłabym spokoju, widząc moje dziecko, które mi odebrano, które nawet nie wie, że jestem jej… że jestem jej… mamą.
- Wróciliśmy do Celtii, do mojego kraju. Ale to nie pomogło. To wszystko wciąż boli. Bycie matką to największe szczęście, jakie cię może spotkać i nie ma większego bólu, niż gdy pozbawią cię tego szczęścia. Czuję, że umieram po tysiąckroć każdego dnia, ale to się nie kończy, choć serce mam rozbite w kawałki, to każdego dnia wstaję i żyję… I myślę o mojej córeczce… która gdzieś tam jest i nie jest moja.

W chacie sołtysa zapanowała cisza. Kobiety milczały, ocierając łzy. Najbliższe ściskały ręce Roweny lub kładły jej dłonie na ramionach… ale żadna się nie odezwała. Jej cierpienie było zbyt wielkie i zbyt głębokie, by mogły odpowiednio wyrazić swoje współczucie. Kobiety o wielkich, czułych sercach nie znajdowały słów, które mogły by pomóc, więc milczały. Ale wszystko wokół oddychało smutkiem i współczuciem.




______________
* A. Sapkowski, Pani Jeziora

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz